Dziś na płycie, jutro w Warszawie. Schubert: Sonaty. Inon Barnatan

Na zakończenie festiwalu Chopin i Jego Europa przygotowana jest specjalna gratka. Tak tak – recital nieznanego bliżej Inona Barnatana. Mówiąc szczerze: spośród wszystkiego, co festiwal ma do zaproponowania, na to wydarzenie czekam najbardziej. Dlaczego? Wiem, jak grywają goście festiwalu – wiem też trochę, jak gra Barnatan. Więc właśnie dlatego.

Żeby wyjaśnić, sięgnę do recenzji, jaką popełniłem jakiś czas temu, przy okazji płyty z Sonatami Schuberta – 3 wielkie, późne Sonaty (jedna z nich, A-dur, przewidziana jest w programie na 31 sierpnia) i Impromptu Ges-dur.

rec Schubert - Sonaty - Barnatan - okladka

Najdziwniejsze może się wydawać, że jeden z najciekawszych pianistów ostatnich dekad objawia się nam w Schubercie. Choć raczej to znak czasu: we wszechświecie muzyki fortepianowej właśnie gwiazda Schuberta świeci dziś najpierwszą jasnością. Już od dawna nie Beethoven, który z jednej strony zwyczajnie zużyty, ale jednocześnie, ze swoją wzniosłością abstrakcyjnych poszukiwań jakby znowu za trudny; tym bardziej na boku zostają emocje wielkich romantyków, podczas gdy wiek XX, odwrócony tyłem do fortepianu, sam relegował się na odległą orbitę. Za to pozornie skromny i arcymieszczański przechodzień z Lasku Wiedeńskiego rośnie: po tym, jak z domeny niemieckiej wyrwał go Światosław Richter, Schubert nigdy już nie pokazał się w szlafmycy. A przy tym wciąż tchnie świeżością, wciąż się go uczymy, wciąż do odkrycia pozostają głębie jak przejrzałe śliwki, nadające ten wyjątkowy smak ostatnim, ciemnym i słodkim, melancholijnym i tragicznym utworom umierającego, 31-letniego kompozytora.

Z takim repertuarem można dziś sięgać po miano najważniejszej ubiegłorocznej płyty pianistycznej (a może nie tylko pianistycznej i nie tylko ubiegłorocznej). Sięgnął więc, nagrywając dla wydawnictwa Avie późne Sonaty c-moll i A-dur (a wcześniej już Sonatę B-dur), Inon Barnatan. Kto? Do zapamiętania: Inon Barnatan. 35-latek z Izraela, działający głównie w USA dziedzic szkoły Neuhausa i Artura Schnabla, dzielący swój czas między muzykę solową i kameralną, repertuar zaś między tajemnice Schuberta a obietnice muzyki najnowszej.

Tajemnice, ale pianista nie umyka w żadne mgły – w tym wciąż klasycznym Schubercie rządzi precyzja, nie tylko techniczna i formalna, ale precyzja narracji – z ducha romantycznej, retorycznie kontrastującej energetyczną potęgę i wspierającą ją konstrukcję z najsubtelniej wyszeptaną pianissimo melodią. Zadziwienie, bezwstydna wspaniałość i szlachetne wzruszenie. Jednocześnie uwodzi dźwięk: ciemne, pełne brzmienie, ale nie tracące śpiewności ani w nagłych uderzeniach sforzato, ani w wyrazistym staccato, ani w dramatycznych plecionkach recytatywów w Andantino Sonaty A-dur. Na takiego pianistę, nie tylko do Schuberta – czekaliśmy od przynajmniej ćwierćwiecza. Od kiedy pamiętam.

 

Czyli jeszcze raz – 31 sierpnia.

16 myśli nt. „Dziś na płycie, jutro w Warszawie. Schubert: Sonaty. Inon Barnatan

  1. ~Kalina

    Gemutlich na tle Landschaft? I czekoladki z Konditorei na Kartnerstrasse….Dokuczam paskudnie, ale Schubert mi sie własnie z tym kojarzy. Ale może w polecanym przez Pana wykonaniu jest inaczej:))

    Odpowiedz
    1. Jakub Puchalski Autor wpisu

      Tak, myślę, że jest inaczej – i w polecanym wykonaniu, i w utworach, o których mówię. Te Sonaty to żadne ciepełko gemuetlich, żadne bombonierki. Słodycz jest, ale już jakby skażona, a może nawet zatruta, przede wszystkim jest ludzkie ciepło, ale złamane dramatem. Ból. Trudno o coś bardziej tragicznego, a jak się weźmie Sonatę c-moll… Faktycznie najłagodniejsza z nich jest może A-dur, chociaż jej druga część to właśnie wszystko to, o czym piszę. Do tego misterium. A w tym wykonaniu…!

      Odpowiedz
  2. ~Małgorzata

    Szanowny Panie Jakubie,
    dzięki Pana rekomendacji zakupiłam również bilet na to wydarzenie 31 sierpnia. Bardzo dziękuję za recenzję i zaplanowanie wieczoru! Nie mogę się również doczekać na recital.
    Bardzo serdecznie pozdrawiam.

    Odpowiedz
    1. ~Kalina

      Dopiero teraz zauwazylam Pani komentarz i oslupialam. Jak Pani, Pani Malgorzato, zdobyla tak póżno bilet? Zwykle bilety kupuje sie na poczatku roku. Ja tego nie zrobilam, poniewaz nie mialam pewnosci, czy w sierpniu bede w Warszawie. Kiedy w czerwcu okazalo sie, ze bede, po biletach nie bylo sladu. Dobrze, ze przynajmniej Pani poslucha pieknej muzyki w dobrym wykonaniu. Gratuluje i pozdrawiam:))

      Odpowiedz
      1. ~Małgorzata

        Pani Kalino, wciąż ma Pani szansę:-)
        Zdecydowanie prawda, koncertowy łut szczęścia, może także z uwagi na sezon urlopowy…

        Odpowiedz
        1. ~Kalina

          Dziękuje bardzo:)) Rzeczywiscie na recital Barnatana sa jeszcze pojedyncze miejsca po bokach, ale na koncert wieczorny, zamykający festiwal nadal nie ma:))

          Odpowiedz
          1. ~Małgorzata

            Pani Kalino, sądziłam, że cały czas mówimy, czy też raczej piszemy, właśnie o recitalu…

          2. ~Kalina

            Przyznam, ze unikam recitali:)) Moja miloscią jest instrumentalna muzyka kameralna. Ale orkiestry symfoniczne tez mile widziane, a wraz z nimi utalentowani wirtuozi instrumentów. 31 sierpnia wieczorem gra Dang Thai Son. Niestety, nie usłysze go na zywo, może w radiowej „dwojce”. Pani zas zyczę miłych wrazeń popołudniowych:))

  3. ~Marcin D.

    Wielka Elisabeth Schwarzkopf powiedziała kiedyś, że dobre śpiewanie arii operowych wymaga dużo pracy, ćwiczeń i oczywiście dbałości o głos. Wcale łatwiejsze nie jest śpiewanie operetek (choć na pozór może się wydawać, że to lekkie, łatwe i przyjemne).
    Ale prawdziwy kunszt i umiejętności śpiewaka czy śpiewaczki można dostrzec dopiero wtedy, gdy ta/ten wykonują pieśni. Tam poprzeczka jest ustawiona bardzo wysoko. Dlatego niewiele jest tych śpiewających właśnie te utwory liryczne.

    Przed kilkoma dniami byłem w Krakowie na recitalu pieśni Dowlanda i Schuberta w interpretacji Damy Emmy Kirkby, a towarzyszył jej (także na lutni) bas Joel Friedriksen. Obojgu artystom na lutni i gitarze romantycznej także Michał Gondko.

    Przenieśliśmy się do XVI – i XVII-wiecznej Anglii, także – za sprawą Schuberta – do Europy XIX-wiecznej.

    Wysoka kultura wykonania, nienaganna dykcja, czysty, delikatny, ciepły, srebrzysty głos Kirkby przekazywał historie smutne i radosne, przepełnione duchowością i dowcipne…Emma śpiewała w sposób niesłychanie wyrazisty i sugestywny, a wszystko podbudowane świetnym warsztatem aktorskim.

    Wydawało się to miejscami słodkie i lekkie, ale żadną miarą banalne. Liczyła się każda fraza, każdy gest, każde spojrzenie.

    Dorównywał jej głęboki bas Friedriksena, w duetach brzmieli harmonijnie i pięknie.

    Znakomicie wykształcona Kirkby przed każdą pieśnią opowiadała historie ich powstania, budowała kontekst historyczno-polityczny i obyczajowy.

    Jak powiedziała mi po recitalu, nie śpiewa już Mozarta czy Haendla, a od pewnego czasu położyła silny akcent właśnie na pieśni – zarówno tych najbardziej znanych twórców, jak i pomniejszych, ale równie interesujących z XVI-XVII i XVIII-wiecznej Anglii, także z Niemiec i Francji. Jak stwierdziła, wciąż jeszcze odkrywa perełki z tamtego czasu.

    To był pełen uroku, powagi, humoru i niezapomnianych wrażeń wieczór z wybitną artystką, świadomą swych możliwości i ograniczeń. Artystką, która zaprezentowała się z najlepszej strony.

    Odpowiedz
    1. ~Kalina

      Pamietam przed bardzo wielu laty Emme Kirkby na koncertach w warszawskiej Filharmonii oraz na Zamku Krolewskim. W repertuarze Haendlowskim, ale tez spiewajacą angielskie pieśni XVI-XVII w., zwłaszcza czarowne arie Henry Purcella. Juz dawno nie bylo jej w Warszawie, ale, jak czytam – zawitała do Krakowa:))

      Odpowiedz
    2. Jakub Puchalski Autor wpisu

      To bardzo cieszy, że koncert się udał. Grunt, to umieć dopasować repertuar i całą koncepcję koncertu do możliwości – wiele wielkich śpiewaczek potrafiło wykazać się tą mądrością. Przywołaną Schwarzkopf paru moich znajomych wspominało po koncercie na Wratislavii Cantans, gdzie pojawiła się – a jakże, z recitalem pieśni – już u zmierzchu kariery. Później, jeszcze w latach 90., za czasów dyrektury Tadeusza Strugały, wciąż przyjeżdżały z podobnymi koncertami wielkie śpiewaczki wycofujące się z estrady, za każdym razem jednak były to pamiętne wydarzenia, gdyż każda z nich potrafiła wykorzystać wszystkie kontrolowane przez siebie możliwości, bez ich forsowania. W ten sposób zabłysła nawet leciwa już Irina Archipowa – śpiewająca świetnie, choć właściwie bez głosu (!), a występy Eddy Moser czy Margaret Price to była czysta poezja.

      Odpowiedz
  4. ~Marcin D.

    Dobry wieczór,

    proszę wybaczyć, że znowu odchodzę od wiodącego tematu, który powyżej, ale chciałbym znowu poprosić o radę/wskazówkę odnośnie do płyt, które kolekcjonuję, zwłaszcza tych sprzed lat; a te coraz częściej wracają do katalogów głównych wytwórni płytowych.

    Jakie nagrania Lisy della Casa i Hilde Gueden poleciłby Pan (a może i Państwo?)? Jak znajduje Pan obie śpiewaczki?

    Dziękuję i kłaniam się!

    Odpowiedz
    1. Jakub Puchalski Autor wpisu

      Żadne tam odchodzenie od wątku – nic, co nagrane, nie jest nam obce! Ale to jest pytanie do Piotra Kamińskiego, który może zechce…? Ciekawe jednak, że pyta Pan akurat o obie razem, bo dla mnie przede wszystkim są sparowane jako Zuzanna (Gueden) i Hrabina (della Casa) w NAJGENIALNIEJSZYM „Weselu Figara”, dyrygowanym przez Ericha Kleibera (Decca).
      Lisa jest oczywiście także niezapomnianą Donną Elvirą na DVD Furtwaenglera. No i jest klasą samą dla siebie w operach Straussa. W tym ostatnim celowała też Hilda. Wszystko to są zresztą klasyczne nagrania, które miłośnicy tych oper mieć muszą (bo jak się bez nich obyć?) – pod dyr. Boehma, Kleibera itd., z kwiatem najpiękniejszych głosów.
      Czyli nie mam specjalnie oryginalnej odpowiedzi…

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *