Odejście klasyka

Leonard Bernstein, którego setną rocznicę urodzin obchodzi się hucznie w tym roku, zaskoczył mnie kiedyś, pokazując, jak słabą, nieinteresującą kompozycją jest Koncert skrzypcowy Hindemitha. A przecież znałem go do tego momentu jako muzykę wyrazistą, pełną życia i charakteru! Dlaczego? Bo znałem go pod batutą Giennadija Rożdiestwieńskiego. Rosyjski mistrz zmarł w sobotę, 16 czerwca, w wieku 87 lat.

Świat bez Rożdiestwieńskiego nie będzie taki sam. Nie będziemy już mogli czekać na nowe odkrycia, liczyć, że gdzieś trafimy na koncert wyrysowany jego precyzyjną i energiczną batutą, która potrafiła tchnąć życie w każdy orkiestrowy plan, każdą myśl kompozycji. To dzięki tym umiejętnościom zawsze wracam do jego płyt – nie z przyjemnością nieprzemijającą, lecz za każdym razem coraz większą! Do których płyt? Bardzo ich wiele. Klasyczne pozycje wymieniłem w swej notce dla Radia Chopin. Ale są też pozycje wyjątkowe. Wspomniany Hindemith – obok Koncertu także Kammermusk nr 4 z Dawidem Ojstrachem. Koncerty skrzypcowe Prokofiewa z Itzhakiem Perlmanem (jedno z najlepszych nagrań Perlmana w ogóle – właśnie dzięki dyrygentowi). Rzecz jasna – Szostakowicz, wszystko, co zostało utrwalone. Nadzwyczajny Sibelius, zwłaszcza może V Symfonia z orkiestrą sztokholmską, z koncertów, na które Rożdiestwieński zabrał ją do Rosji. Prokofiew. Ożenek Musorgskiego – nieskończona, eksperymentalna opera, która fascynuje, choć nie sposób jej rozgryźć (powinna natomiast być obowiązkową pozycją dla wszystkich rusycystów). Itd. itd. itd. – lista jest długa. Niestety – już zamknięta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *