Tauryda w FN czyli „Ifigenia” Glucka i Łukasz Borowicz

Mało która opera rozpoczyna się na takim poziomie patosu (a jego gatunek – najszlachetniejszy) i rozwija się dalej w tym duchu do ostatniej nuty, właściwie bez dłuższej chwili odpoczynku. „Ifigenia na Taurydzie” jest chyba wyjątkiem nawet wśród oper Glucka. Niby pomiędzy barokiem a klasycyzmem, ale estetycznie i ideowo właśnie najczystszy klasycyzm, jakiego nie odnajdziemy już u późniejszego Haydna i Mozarta (może poza „Idomeneo”, którego wypełnia ten sam najczystszy duch opery seria). Klasycyzm nie wtórny i zimny, lecz gorący i namiętny, w którym przejęty z Francji zmysł formy wypełnia niemiecka żarliwość – sztuka, jaka właściwie nie ma swojego odpowiednika w żadnej innej dziedzinie, ani w literaturze grzęznącej w suchym zachwycie nad formą lub igraszkach odkrytej właśnie natury czy ironii (wiem: śmiała teza), ani w malarstwie (największemu Davidowi daleko do zaklęcia w rysunku i farbach takiej prawdy o namiętnościach, a kompletnie nie oddaje jej akademicki, choć efektowny obraz Bouguereau użyty na okładce programu), ani w architekturze (gdyby tak w pomysłowy monumentalizm Soufflota tchnąć więcej ducha!). Dlatego pierwszego od 52 lat (!) wykonania opery w Polsce, choć koncertowego i dokonanego przez zespół symfoniczny, po prostu nie można było przegapić. Zakończyło się zresztą owacją. Słuszną.

Po pierwsze i przede wszystkim – Łukasz Borowicz dokonał cudu z Polską Orkiestrą Radiową. Typowy dla naszych estrad zespół symfoniczny, wychowany na i do zupełnie innego repertuaru, w estetyce, która nijak się ma do esencjonalnego, żywego kryształu muzyki Glucka, zamienił się w orkiestrę wrażliwą, klarowną i precyzyjną, grającą możliwie nasyconym dźwiękiem jednak bez manierycznego vibrato, przy tym przejrzyście i energicznie. Nie było problemu z lekkością czy tanecznością – nawet „dzikie tańce” Scytów były żwawe i skoczne, a nie mozolnie podrygujące (co nie byłoby zaskakujące). Dyrygent pokazał też nie lada pazur dramaturgiczny – np. w arii Orestesa „Le calme rentre dans mon coeur”, gdzie ostinatowy charakter orkiestry stworzył psychiczną fiksację bohatera, albo w chórze kapłanek „Contemplez ces tristes apprêts”, gdzie dobitnie wyartykułowana miarowa linia basu nie pozwoliła zapomnieć o tragicznym charakterze, choć sama melodia zawsze zaskakuje tu pogodą. Można też wspomnieć arię „D’une image, hélas!”, w której orkiestra lamentowała w imieniu Ifigenii, trzeba natomiast – moment rozmowy Ifigenii z Orestesem i Pyladesem, w którym obaj Grecy chcą wyrwać sobie rolę ofiary, poświęcając swe życie dla wolności przyjaciela. Stateczna, ale wyraźnie coraz bardziej uporczywa Ifigenia, która mimo oporów nie waha się, i dwaj bohaterowie, nerwowi, w kontrastujących tempach, walczący o prawo do śmierci. Błysnęło i zagrzmiało! Gdzie tu na ten przykład – mimo świetnej, gwiazdorskiej obsady – niezwykle rzetelnemu Gardellemu z płyt Orfeo (żeby pozostać przy udanych „symfonicznych” produkcjach).

Śpiewacy u Glucka nie mają łatwego zadania. Po pierwsze – język francuski, który teraz nawet u rodowitych Francuzów w śpiewie rzadko bywa zrozumiały (tu zadbał o jego prawa Piotr Kamiński i chwała mu za to, bo wraz z lekturą tekstu z książki programowej nie było żadnych wątpliwości co do słów – a nie jest to powszechne). Po drugie – tessitura: pełne napięcia partie napisane są wysoko, wspomnieć też wypada o typowych dla XVII- i XVIII-wiecznych scen nad Sekwaną głosach męskich, dziś po prostu nieistniejących (wysoki tenor haute-contre, tu dodatkowo o bohaterskim zacięciu, i wysoki baryton liryczny). Po trzecie – dramat, który tym razem trzeba oddać samym śpiewem, bez pomocy gry aktorskiej. Komplet wymagań spełniła przede wszystkim urodziwa Ifigenia (zakładając, jak wspominałem, że tekst także się czyta, nie tylko go słucha) – przede wszystkim piękny głos, zdolny przekonująco nieść największe emocje nawet tej partii. Trudniej z panami, z których pierwszy pojawiający się, król Thoas (George Mosley), od razu wszedł głosem tak rozedrganym, że właściwie nieczytelnym. Owszem – taka rola: charakter tej postaci zawiera się wprawdzie w złowróżbnych słowach „Tremble, ton supplice s’apprête!” – lecz nieustanna, dosłowna ilustracja przeniosła drżenie i mękę z króla, na słuchaczy. Jeśli o to chodziło – sukces pełen.

To jednak mała partia, prawdziwie istotni byli baryton David Pershall (Orestes) i tenor Eric Barry (Pylades). Początkowo miałem z nimi kłopot: początkowych dwóch aktów słuchałem z bocznego balkonu, gdzie zwłaszcza pierwszy ze śpiewaków zdawał się mało wyrazisty, właściwie pozbawiony artykulacji, a z nią także jakichś specjalnych walorów głosowych. Dalsze dwa akty spędziłem na parterze – i tu sytuacja odmieniła się radykalnie. O ile głos tenora się powiększył, ale niekoniecznie zyskał na urodzie, o tyle baryton zyskał w każdym wymiarze: głos piękny i nośny, artykulacja świetna, fraza naturalna i kształtna, dramaturgia wciągająca i autentyczna. Można powiedzieć, że w pierwszej części bohaterem była dla mnie Ifigenia i orkiestra (na balkonie jeszcze bardziej selektywna), w drugiej opera przeszła na śpiewaków, a orkiestra przyjęła rolę współtworzącego towarzysza. Obok orkiestry nie można zaś zapomnieć o chórze – nie można, bo krakowski Chór Polskiego Radia nie dał o sobie zapomnieć. Przygotowany przez Izabelę Polakowską zabrzmiał znakomicie, stając się kolejnym ważnym bohaterem, którym też uczynił go Gluck. Uroda np. chóru kapłanek „Patrie infortunée” – iście czarodziejska. Być może moment, w którym chór nakłada się na arię Ifigenii „Ô malhereuse Iphigénie”, choć zrobiony bardzo dobrze, nie miał w sobie tej magii, którą słychać w nagraniach, ale… no właśnie, skąd wiedzieć, czy nie jest to magia mikrofonu i stołu reżyserskiego? Trzeba by jeszcze parę razy posłuchać na żywo „Ifigenii na Taurydzie” w wybitnych wykonaniach – by mogły konkurować z wersją Borowicza. Na co – szczerze mówiąc – patrząc na zainteresowanie polskich instytucji arcydziełem teatru muzycznego, za naszego życia się nie zanosi.

 

Christoph Willibald Gluck: Iphigenia in Tauris (Ifigenia na Taurydzie)

Ifigenia – Helena Juntunen (sopran)

Orestes – David Pershall (baryton)

Pylades – Eric Barry (tenor)

Thoas – George Mosley (bas)

Diana, Kapłanka – Anna Destrael (sopran)

Kapłanka, Greczynka – Laura Holm (sopran)

Polska Orkiestra Radiowa

Chór Polskiego Radia

dyr. Łukasz Borowicz

18. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena, 14 kwietnia 2014, sala Filharmonii Narodowej

PS. 29 maja w ramach Opera Rara w Krakowie ma być natomiast „Paride ed Elena”, w wykonaniu Capelli Cracoviensis pod dyr. Jana Tomasza Adamusa. Może więc i jakiejś kolejnej interpretacji taurydzkiej „Ifigenii” jeszcze się doczekamy.

 

3 myśli nt. „Tauryda w FN czyli „Ifigenia” Glucka i Łukasz Borowicz

  1. ~Papagena

    Nie mogę, ku własnemu niezmierzonemu żalowi komentować wydarzenia, nie udało mi się być. Ale jeśli chodzi o typ głosu, który zwie się czasem baryton Martin jest Stephane Degout, jako Orestes wspaniały. Ma poza tym krystaliczną dykcję i jest świetnym aktorem.

    Odpowiedz
    1. Jakub Puchalski Autor wpisu

      Tak jest – baryton Martin. Dziękuję za parę słów. Niestety, zdaje się, nie miałem przyjemności ze Stephanem Degout, ale jak będzie okazja, z pewnością nadrobię.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *