Kochajmy jemiołuszki! I chodźmy na Sokołowa!

Jeżeli polscy organizatorzy życia muzycznego wypchnęli nas – jako estradę pianistyczną – z mapy cywilizowanego świata (z najważniejszych światowych artystów co roku ledwie ta sama dwójka-trójka odwiedza jeden tylko warszawski festiwal Chopin i jego Europa), to Kraków jest na tym wygumkowanym obszarze co najwyżej mysią dziurą. Dawno zresztą wymarłą. O ile we Wrocławiu na koniec filharmonicznego sezonu mogła na przykład wystąpić Alice Sara Ott, z Koncertem Griega, który grywała np. na Promsach, o tyle w Krakowie nie może wydarzyć się NIC. Pojawiający się co jakiś czas Piotr Anderszewski uświadamia nam jedynie, że gdzieś tam, w wielkim świecie, jak dwa razy mniejsze czeskie Brno, toczy się życie, można posłuchać pianistów, którzy wyznaczają jakieś trendy we współczesnej sztuce, można posłuchać na żywo nie tylko jakiegoś koncertu Mozarta (krakowski casus Leonory Armellini), ale i utworów takich podobno nie-ułomków, jak Beethoven, Schubert, Liszt, Chopin. Właśnie, ooo! Chopin – dużo słyszałem, że to taki świetny kompozytor utworów na fortepian, a czy słyszałem na krakowskiej estradzie jakąś Balladę albo Sonatę b-moll, tę z Marszem żałobnym (taki znany dość kawałek, można w wannie sobie pomruczeć), w ciągu ostatnich lat dziesięciu? Pominę już rok 2010, z hucznym, ogólnoświatowym jubileuszem kompozytora, bo wtedy nie tylko w Krakowie Chopina brakło. Nie mogę jednak pojąć, jak to jest, że w Krakowie dotąd – w ciągu czterech lat! – nie mogli wystąpić wszyscy protagoniści ostatniego Konkursu Chopinowskiego, a połowa z tych, którzy wystąpili, musiała czekać na Festiwal Muzyki Polskiej, który naprawdę nie do tego jest powołany, żeby przypominać, że istniał taki polski kompozytor, Fryderyk Chopin. Choć chwała mu za to, że jako jedyny ogarnia mentalnie sytuację i robi co może, by zapełniać tę otchłań.

Cóż jednak zrobić, skoro w Krakowie w ogóle nie jest zauważany pianista, który powinien tu występować co pół roku, bo jest znakomity i tu mieszka (chyba że już nie…?), Kevin Kenner. Kenner, który gra dzisiaj z taką wrażliwością, tak mądrze, jak można oczekiwać tylko od dojrzałego mistrza najwyższej próby – którym stał się, rozwijając się bez ustanku od czasu wygranego przez siebie ćwierć wieku temu Konkursu Chopinowskiego. O czym mogę powiedzieć, gdyż z rok temu udałem się na zorganizowany mu w Operze (!) koncert, z udziałem operowego skrzypka, gdzie razem wykonali m.in. ową niezwykłą Sonatę e-moll Mozarta – a partia fortepianu zabrzmiała tak, że od ręki kupowałbym na płycie i stawiał obok paru największych. O czym jednak przekonać mogli się, tak na oko, chyba wyłącznie pracownicy Opery, bo nikogo więcej podczas tego cudownego wieczoru nie widziałem.

I oto do tej zabitej dechami mysiej dziury co parę lat zagląda Grigorij Sokołow. Tak, ten sam pianista, „ostatni z wielkich”, za którym jeździ po świecie gromada fanów, którego koncerty wyprzedają się przed otwarciem kas, o którym w Nowym Jorku miłośnicy snują legendy i marzenia, bo najwyraźniej nie lata. Dlaczego w Krakowie? Bo go ktoś co 2-3 lata zaprosi? Pewnie tak, bo tak to się robi – pisze się mail i zaprasza. Chyba że ceni sobie wyjątkowo komfortowe w Krakowie warunki: na sali jest przecież mnóstwo miejsca, z reguły połowa foteli pusta!

Tak, wiem więc, że Sokołow pojawia się na mocno anachronicznym festiwalu Muzyka w Starym Krakowie, którego koncepcja ewidentnie wyczerpała się przed wielu, wielu laty. Wiem, że coś takiego, jak promocja, wyraźnie budzi w organizatorach obrzydzenie, więc żeby o tych koncertach się dowiedzieć, trzeba najpierw o nich wiedzieć. A potem jeszcze bardzo chcieć, co z kolei nie wystarczy do kupna biletów, bo to można dopiero tuż przed festiwalem, a wcześniej najwyżej rezerwować – mailem, bo telefonu nie podano… czyli jeszcze cierpliwość w garść! Wiem więc, że to festiwal, który jest co najwyżej nastawiony na swoją starą publiczność, a w nosie ma pozyskiwanie nowej. Wszystko wiem i wszystko rozumiem. Ale z drugiej strony – Sokołow. Jedyny taki. Nieważne więc, gdzie. Nieważne, że na dodatek gorąco lub deszcz pada i się nie chce. Zbierzmy się, i przyjdźmy. Już w piątek, 15 sierpnia.

W tym roku program jest w całości Chopinowski (szkoda jednak, że Kraków przegapił wielką Hammerklavier Beethovena, którą Sokołow grał w poprzednim sezonie – jak tak dalej pójdzie, nigdy jej nie usłyszymy, jak zresztą większości arcydzieł). Będzie więc III Sonata h-moll i zestaw mazurków, które gra, jak nikt inny. To repertuar obecnego sezonu; znam go z majowego koncertu w amsterdamskim Concertgebouw. Sonata to wizja… a co ja będę pisał, i to jeszcze przed koncertem! Przyjdźmy, posłuchajmy!

PS. A na Chopin i Jego Europa w tym roku fantastyczny, wciąż młody muzyk, którego też łatwo przegapić. Inon Barnatan – bardzo dobry pianista, o pięknym dźwięku, ale gdzie tam przejmować się pianistyką, gdy ktoś w ten sposób kreuje muzykę!

PPS. Natomiast w Starym Krakowie, pod koniec, polecam jeszcze koncert zespołu Peregrina. Bazylejski ansambl muzyki średniowiecznej Agnieszki Budzińskiej-Bennett dla odmiany od paru lat jest w Krakowie gościem regularnym, ale z tego tylko się cieszyć wypada. Poza tym korzystajmy, bo nigdy nie wiadomo, czy nagle się kaprys losu nie odwróci i już więcej pod Wawelem śpiewających pań nie usłyszymy.

 

16 VIII, już po koncercie. Coś absolutnie niezwykłego. Sonata: nie tylko Sonata, ale wielka epopeja, Mazurki: nie po prostu Mazurki, ale małe poematy. Miałem szczęście słuchać Sokołowa parokrotnie, nie tylko w Krakowie – tym razem przeszedł wręcz samego siebie. Jeden żal – a propos tematu bloga – że interpretacje te nie zostaną opublikowane na płytach. Gdyż Sokołow płyt od kilkunastu już lat nie nagrywa w ogóle. Co skądinąd szczęśliwie nie oznacza, że brakuje nagrań…

Natomiast do Ameryki nie zagląda nie z powodu latania, jak sugerowałem wcześniej, lecz męczącej zmiany czasu.

11 myśli nt. „Kochajmy jemiołuszki! I chodźmy na Sokołowa!

  1. ~Steft

    nie dowiedziałem się – z notki o autorze – czy Jakub jest skuzyniony z fotografem Włodzimierzem P. moim starszym kolegą z ZPAF? wówczas jemiołuszki znaczą więcej 🙂
    Pozdrawiam z Gda

    Odpowiedz
    1. Jakub Puchalski Autor wpisu

      Jemiołuszki są tu dzięki Jeremiemu Przyborze. Jakub P. natomiast nie jest spokrewniony z Włodzimierzem P., choć zna jego wspaniałe dzieło „od zawsze”. 🙂

      Odpowiedz
  2. ~Kalina

    Ooooo….jest Pan niesprawiedliwy. To prawda, ze często przyjeżdża do Warszawy Martha Argerich na festiwal „Chopin i jego Europa”, ale przecież Kevin Kenner bywa u nas co rok:)) A w zeszłym roku był sam Nelson Freire, a do tego jak gral Manuela de Falle….Szkoda, ze warszawscy filharmonicy pod batuta Jacka Kaspszyka mu nie dorównywali:((

    Odpowiedz
    1. Jakub Puchalski Autor wpisu

      Żeby było jasne: nie mam żadnych pretensji, że na ChiJE przyjeżdża Martha Argerich – przeciwnie, jej niemal regularna obecność, wraz właśnie z Freirem i Marią Joao Pires uważam za to światełko w tunelu, które nie jest nadjeżdżającą lokomotywą. Rozumiem nawet, że festiwal może mieć swój ulubiony zestaw wykonawców – zwłaszcza jeżeli są to tacy wykonawcy. I jeżeli co roku bywa też Kenner, to zazdroszczę, bo w Krakowie się nie pamięta, że istnieje. I to o to te… jemiołuszki!
      Ale już teraz bardzo, bardzo polecam Barnatana. Jeszcze wrzucę recenzję jego płyty z Sonatami Schuberta (jedną będzie grał w Warszawie) – ze współczesnych nagrań dawno czegoś równie pięknego nie słyszałem.

      Odpowiedz
      1. ~Kalina

        W tej chwili sobie uswiadomilam: w zeszłym roku lub dwa lata temu (bylo to wtedy, gdy kilka dni wczesniej zmarla mloda pianistka majaca grac na festiwalu) Kenner gral w sali im. Lutoslawskiego jeden z koncertów Chopina. Po pierwszej części przeprosil i wyszedl. Na estrade weszła inna wykonawczyni, a Kenner zagrał pozostale dwie części później. Moze, nie daj Boze, ze zdrowim cos nie tak?

        Odpowiedz
          1. ~Kalina

            Tak, to byla Ursuleasa. Poniewaz nie mogla wystapic, na fortepianie znalazła sie piekna czerwona roża, a Orkiestra XVIII wieku pod batutą Fransa Bruggena zagrała przejmujaco Allegretto z VII symfonii Beethovena…Juz nam wiecej nie zagra, szkoda.

  3. ~Marcin D.

    Dzień dobry!

    Robiąc sobie krótką przerwę w warszawskim CHiJE wybieram się do Krakowa na wieczór festiwalowy z Emmą Kirkby i Joelem Friedriksenem. Dama Kirkby bywała już nieraz w Polsce, nigdy się jakoś nie składało, aby ją usłyszeć na żywo. Tak więc tę okazję wykorzystuję 🙂

    Po tym recitalu podzielę się wrażeniami.

    A które nagrania, płyty z jej dyskografii poleciłby Pan słuchaczom? Jak Pan znajduje Kirkby?

    Pozdrawiam jeszcze z Warszawy!

    Odpowiedz
    1. Jakub Puchalski Autor wpisu

      Dzień dobry. Skoro Pan pyta… Nie będę oryginalny. Pierwsza diva muzyki dawnej szczyt kariery przeżywała w latach 80. i część klasycznych płyt z tego czasu wciąż brzmi mi świeżo. Moimi ulubionymi są włoskie madrygały nagrywane z The Consort of Musicke, pod kier. Anthony Rooleya – trudno im dorównać (co nie znaczy, że się to nikomu nie udało). „Mesjasz”, a nawet „Dydona” Purcella – gdy do nich sięgnąłem niedawno po wieelu latach – już mi trochę trąciły myszką (choć daj Boże więcej takich myszy!), ale Rooley nie tyle zrealizował te madrygały, ile je wyreżyserował – a śpiewacy byli przedni.
      Życzę jak najlepszych wrażeń z koncertu! Pod koniec festiwalu, 30 VIII, będzie jeszcze Peregrina – Agnieszka Budzińska w pewnym momencie uczyła się u Emmy.
      A jak tam toczą się ChiJE? Póki co, nie miałem nawet okazji posłuchać choćby jednej transmisji (zaniedbałem też blog…). Napięcie na festiwalu rośnie? Program tak trochę zapowiadał.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *