Glossa do „Tygodnika”

Przepraszam Ślązaków, ale dla mnie to byłby temat na okładkę. W bieżącym numerze poruszony i rozwinięty został wątek ważny dla każdego, kto ma uszy. Wątek muzyki w Kościele, a dokładniej w polskich kościołach, dotyczy bowiem – wbrew pozorom – nie tylko tych, którzy do nich chodzą. Poza wymiarem duchowym tej muzyki, czyli jej istotą i rolą (rolą nie „oprawy muzycznej” liturgii, lecz jej elementarnego składnika – o jej genezie prosto i znakomicie pisze w edytorialu ks. Boniecki), ma ona bowiem właściwości wychowawcze. Dokładnie te same, jakie przez stulecia miała znajdująca się w kościołach sztuka. Śpiew liturgiczny jest często pierwszą muzyką, którą poznają chrześcijanie. Poznają lepiej, niż jakąkolwiek inną, bo cotygodniowe powtarzanie i uczestnictwo w niej utrwala muzyczne wzorce. Które mogą nieść z sobą pierwsze uniesienia (chorał jest wbrew obiegowym opiniom muzyką misterną i przesyconą namiętnością!) – albo pierwsze zniechęcenia.

Rola mecenasa i estetycznego edukatora nie jest może najważniejsza dla Kościoła, jest jednak kluczowa dla jego roli w historii kultury. Co oznacza kształtowanie tożsamości, postaw, umiejętności budowania rzeczywistości. Skutki niedoceniania jej od dziesięcioleci widzimy dziś na każdym kroku. A także – słyszymy. Nie tylko w świątyniach, gdzie wierni wraz z księżmi tak często tworzą śpiewane karykatury modlitw, lecz i w salach koncertowych, w których trudno zebrać nieprzekonaną do muzyki publiczność (znamienne, że jest z tym w tej chwili wyraźnie lepiej, niż 20 lat temu – podobnie jak z muzyką w kościele, na co zwraca w swym artykule Mariusz Sepioło – czy te zmiany nie wiążą się ze sobą?), i w chórach, którym brakuje wyedukowanych w śpiewie członków, a nawet na największych estradach (ileż gwiazd zaczynało od śpiewu w wieku pacholęcym w kościelnym chórze!).

Nigdy nie zapomnę mych własnych pierwszych muzycznych uniesień. Fascynacji nieporównywalnych z żadnymi innymi w wieku dziecięcym. Nie był to Beethoven ani Mozart, ani Czajkowski. Na nich czas przyszedł później. Nie były to nawet piosenki żeglarskie, które później męczyłem z gitarą na obozach i zbiórkach. Była to liturgia. W latach 70. i na początku 80. brzmiąca jeszcze melodiami chorału gregoriańskiego. Zatapiając się w nich, po raz pierwszy poczułem, jaką moc sztuka. W efekcie: pierwszy raz nie był ostatnim.

 

PS. Dawno, kilkanaście lat temu, zdarzyło mi się także pisać o muzyce w Kościele (i w kościele), w kwartalniku „Autoportret”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *