Ile muzyki w Chopinie?

Za kilkanaście godzin rozpoczyna się III etap Konkursu Chopinowskiego (teraz – po wielu innych – to jest rzecz, która zabiera mi czas na prowadzenie blogu). Nie zazdrościłem jurorom konieczności wybrania z gromady II etapu dwudziestu pianistów, którzy będą w nim grali. Problem w tym, że mam na myśli nie „zaledwie” dwudziestu, lecz „aż” dwudziestu.
Nie o wyborze jury chciałbym jednak pisać (zasadniczo się z nim zgadzam), lecz o smutnych wnioskach płynących z drugiego etapu. Smutnych, bo jak możliwe jest, że wśród 40 młodych pianistów nie było jednego, który potrafiłby zagrać walca? Poloneza zresztą również.
Test tańców, który przewidziano w tym etapie, okazał się morderczy. Dlaczego wszyscy kolejni kandydaci nie widzą w szybkim tempie walca nic poza szkolną etiudą, w której nawet nie próbują szukać melodii, dowcipu, o wdzięku już nie wspominając, a jedynie pędzą z zadyszką, zresztą w tempie nie tylko bezsensownie szybkim, ale często przekraczającym ich możliwości, gdyż technika sporadycznie tylko bywa ich mocną stroną? Dlaczego w wolnych częściach, skoro już odnajdą melodię, tracą gdzieś rytm walca, który w najlepszym razie pozostaje odstukiwany w lewej ręce, zazwyczaj niewyraźnie – a nigdy nie staje się dialogiem z prawą? Dlaczego jedynym pomysłem na polonez jest „hura i do przodu”, byle głośno, bo to najwyraźniej oznacza podniosłość i dramatyczny ton?
Generalnie podczas II etapu, wyszukując wszelkie elementy, które mogły podobać mi się w grze kolejnych pianistów, czułem się jak na konkursie na wygłaszanie sentencji łacińskich przez Chińczyków, czy raczej (dziś porównań trzeba szukać w innych rejonach) może Eskimosów w głębokiej Arktyce – przez lata nauczyli się ich na pamięć i pewnie nawet znają ich znaczenie, ale ani nie rozumieją poszczególnych słów, ani nie mają świadomości łączącej je gramatyki. Rzeczywiście, przedziwne uczucie: jakby praktycznie wszyscy mówili (muzyka to też mowa) w obcym dla siebie języku. To nie problem samych pianistów, nie problem ich szkoły. A może raczej: to właśnie problem ich i ich szkoły, a właściwie całej edukacji, przede wszystkim nieformalnej, czyli całej kultury muzycznej, w jakiej żyją. Otóż nie wystarczy słuchać siebie i porad profesora. Nie wystarczy czasem puścić sobie utwory, nad którymi się pracuje, w paru wykonaniach na youtube czy innym spotify. A nawet z płyty. I nawet w faktycznie najlepszych interpretacjach. Kultura muzyczna – kultura dźwięku i frazy, kształtuje się nie tylko przez realizację poleceń nauczyciela, ale przez codzienny kontakt z wzorcem – tak, jak język, akcent w mowie, który łatwo nabyć, gdy się w nim wzrasta, ale którego trudno się nauczyć. Wrażliwość estetyczna rządzi się tymi samymi prawami – to dzięki temu kształtują się w niej style. W tym style muzyczne, także w grze na fortepianie. W tej chwili natomiast, słuchając kolejnych produkcji, w kilku ledwie mogłem znaleźć jakikolwiek punkt oparcia, na którym czułbym, że pianista buduje swą interpretację. Zazwyczaj miałem wrażenie błądzenia w wielkiej próżni, we mgle, spotęgowanej rzeczywistym, nieustannym pogłosem pedału.
Pytanie – skąd ten problem, w świecie, w którym tak wiele osób profesjonalnie gra na fortepianie, czyli powinniśmy może mieć Chopina akademickiego, ale bezpiecznego i pewnego? Odpowiedzi pewnie będzie wiele, ale jedna nasuwa mi się wyraźnie. Dla Chopina i pianistów jeszcze długo w wieku XX – choć wówczas stopniowo to zjawisko zanikało – naturalnym światem brzmień była opera i pieśń, a później może i piosenka, ale oparta na często bogatej melodii i odtwarzająca pewną komplikację muzyki artystycznej. A ilu naszych pianistów na co dzień, po ćwiczeniu, znajduje dziś pożywkę i odpoczynek w słuchaniu belcantowej opery? Ilu słucha kwartetów Mozarta? Ilu z muzyki klasycznej, którą całą powinni oddychać, rzeczywiście słucha czegoś poza fortepianem? A jeżeli już tylko fortepianu i tylko Chopina – kto dla przyjemności sięga po walce z Cortot? Ilu natomiast odreagowuje z pomocą współczesnej muzyki rozrywkowej – jaka by ona nie była, wszędzie chyba królują rytmy i najprostsze metra na 2 i na 4, szczątkowa melodyka i prymitywna harmonia. A gdyby nawet sięgali po jazz: rozwija on pewnie umiejętności improwizacji i śmiałość harmoniczną, ale też pożegnał się dawno z melodią, z formą, a tym bardziej z przemyślanym współdziałaniem tych czynników – melodii, formy, rytmu i harmonii – które tworzą świat muzyki klasycznej i romantycznej. I czy z takim bagażem, z takim ukształtowaniem własnej wrażliwości, ma się jakiekolwiek szanse na pojęcie choćby elementarnych cech muzyki Chopina?

Tekst jest pierwotną i rozwiniętą wersją artykułu, który 14 października ukaże się w „Gońcu Chopinowskim/Chopin Courier” – gazecie towarzyszącej Konkursowi.

9 myśli nt. „Ile muzyki w Chopinie?

  1. Marzena Jaworska

    „(…) jak możliwe jest, że wśród 40 młodych pianistów nie było jednego, który potrafiłby zagrać walc? Polonez zresztą również.”
    Jak to możliwe, że Autor mający na koncie niejedną publikację, w tym liczne przekłady, nie wie, że w języku polskim nazwy tańców występują w bierniku w tzw. formie dopełniaczowej?
    Powinno być: „który potrafiłby zagrać walca? Poloneza zresztą również.”
    Pozdrawiam!

    Odpowiedz
    1. jakubpuchalski Autor wpisu

      Dobre pytanie, nie bez słusznej złośliwości. Ale to właśnie dokładnie to, o czym piszę! W języku tracimy wyczucie użycia biernika i dopełniacza (bo przecież piszę to na blog, a nie na bloga, jak się dookoła słyszy) – i mając to na uwadze, na dodatek w pośpiechu (co mnie nie usprawiedliwia, ani nawet nie tłumaczy, ale jednak), zrobiłem się bardziej papieski niż papież. I takie skutki, a pośpiech spowodował, że nie wróciłem, nie poprawiłem. Dziękuję więc za uwagę, przepraszam za błąd. Wątpliwym pocieszeniem jest, że sam potwierdziłem swoje uzasadnienie własnym przykładem. Mógłbym udawać, że to tak specjalnie…
      PS. Poprawiłem w tekście, by nie raziło, ale zostawiam komentarz ku przestrodze.

      Odpowiedz
  2. Michał B.

    Jakubie, a zdradziłbyś swoich faworytów po III etapie? czy wolisz na razie pozostać przy diagnozach ogólnych?

    Pozdrawiam serdecznie z Wrocławia, gdzie bilety na pokonkursowy koncert laureatów KCh rozeszły się dużo szybciej niż na wiedeńskich filharmoników. Ech, jak ten element sportowej rywalizacji rozpala słuchaczy…

    Odpowiedz
    1. jakubpuchalski Autor wpisu

      Szczerze mówiąc – nie mam faworytów. Jest szereg różnych koncepcji, żadna nie w pełni przekonująca, żaden pianista nie jest idealny – może w swoim stylu Cho, ale sam styl nie jest tym, czego w Chopinie szukam. Na dodatek nikt nie jest równy – ci, którzy byli słabsi w drugim, czasem rehabilitują się w trzecim etapie, z kolei np. Richard-Hamelin teraz wypadł bardzo blado: brak szczegółów, hałaśliwa lewa ręka zacierająca narrację, w ogóle mizeria narracji w Sonacie.
      Nie widzę też kandydatów do nagrody za poloneza i mazurki.
      A biuro we Wrocławiu twierdzi, że te wielkie koncerty w tym sezonie już praktycznie wyprzedane…? To jak to jest?

      Odpowiedz
      1. Michał B.

        > A biuro we Wrocławiu twierdzi, że te wielkie koncerty w tym sezonie już praktycznie wyprzedane…? To jak to jest?

        Rzuciłem okiem na system rezerwacji, wygląda na to, że na dzisiaj już tak jest w istocie – ale najwcześniej wyprzedanym był chopinowski. 🙂

        Odpowiedz
  3. Tomasz K.

    Jako słuchacz głównie muzyki rozrywkowej* nie mam do tych wszystkich wspaniałych subtelności słuchu, ale miałem wrażenie, że większość profesjonalnych komentatorów wypowiada jednak mniej surowe oceny i wskazuje kilka wyróżniających się postaci. O kontrowersyjnym Łotyszu nie wspominam, bo w jego walcu nawet ja słyszałem walec drogowy, ale Kate Liu czy reprezentanci Japonii i Korei których nazwiska boję się przekręcić są raczej uniwersalnie chwaleni. Jak Pana zdanie o nich?

    * swoją drogą, w mojej kolekcji płyt faktycznie łatwiej by mi było znaleźć nawet utwór na 7 niż na 3…

    Odpowiedz
    1. jakubpuchalski Autor wpisu

      Przepraszam, odpowiem już pewnie po finałach – z powodu chronicznego braku czasu. Ale też w środę w Tygodniku: rzut oka na Konkurs.

      Odpowiedz
  4. Znajomy Znajomego

    Twoje spostrzeżenia, Jakubie, jak wiesz, mocno mnie zasmuciły, gdyż słuchając Konkursu przez TVP Kultura i radiową „Dwójkę”, nie odnosiłem wrażenia, że jest AŻ TAK ŹLE. Ale wierzę Ci, bo z sali słucha się lepiej i słyszy się więcej. Myślę, że masz wiele racji, gdy starasz się znaleźć przyczyny takiego stanu rzeczy.
    Jest już po werdykcie jurorów. Mam wrażenie, że solidność, błyskotliwość i niemylenie się zwyciężyło, a osobowość i poezja zeszły na drugi plan. Ale to i tak dobrze, że na drugi plan, a nie w ogóle wyleciały z Konkursu…
    Innymi słowy: żałuję, że Kate Liu nie wygrała i że ma „dopiero” trzecie miejsce. Cho wolałbym na drugim, a może trzecim. Cieszę się, że Eric Lu został laureatem dość wysokiego miejsca, gdyż nawet z transmisji było słychać wyraźnie, jak autentyczny i wrażliwy to muzyk. Pozdrawiam z Wrocławia!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *