Prezes Ives. I jego sonaty

Dziś wyjątkowo – płyta ponownie już nienowa (dla mnie to nie problem, grunt, żeby była warta uwagi), za to całkiem nowa okazja. Okazja czy raczej wywołanie tematu. Wspominałem już, że 14 grudnia w Katowicach Sonaty skrzypcowe Charlesa Ivesa – zjawisko! – grać będą Piotr Pławner i Eugeniusz Knapik. Wspominałem niezwykle żałując, że nie będę mógł być na tym koncercie… Przede wszystkim Ives: mówiąc najkrócej, najbardziej „odjechana” muzyka, z jaką kiedykolwiek się spotkałem! Pierwsza połowa XX wieku, właściwie jej początek, kompozytor amerykański. Z jednej strony – w konserwatywnej, europejskiej tradycji wykształcony, co oznaczało dla niego świetne rzemiosło, z drugiej – wolny od europejskiej potrzeby ustosunkowywania się do tradycji wagnerowskiej (z Ryszardem Straussem), od etniczno-narodowych poszukiwań w muzyce ludowej i od całego artystowskiego klimatu modernizmu. Wolny przede wszystkim dlatego, że jego duch błądził wśród brzmieniowych doświadczeń i poszukiwań, zasłyszanych w domu (eksperymentował już jego ojciec) i na ulicy (miał być świadkiem spotkania się dwóch konkurencyjnych parad, każdej ze swoją orkiestrą marszową…), lecz także dlatego, że na sposób amerykański nie liczył na życie z dotacji tudzież na zarobkowanie swoją muzyką na estradach (oduczyły go tego już pierwsze doświadczenia, gdy Walter Damrosch, skądinąd wielki dyrygent, zabrał się za poprawianie jego symfonii), a wziął się do pracy u podstaw, zakładając świetnie prosperującą firmę ubezpieczeniową. Prezes Ives, autor wykładni misji i metody działania ubezpieczeń, stał się najpierw legendarnym guru agentów asekuracyjnych, zanim poznany został jako a prolific composer. Jak bardzo prolific? Nie interesują mnie rankingi, ale zważywszy na fakt, że I połowa XX wieku to jeden z najciekawszych okresów w historii muzyki (Debussy, Ravel, Strauss, Bartok, Strawiński, Prokofiew…) i że Ives należy do najciekawszych kompozytorów w tym okresie (bez cienia wątpliwości włączam go do poprzedniego nawiasu, bynajmniej nie na poślednim miejscu), muszę stwierdzić, że to jeden z najciekawszych kompozytorów w ogóle.

Poza wpadającym w metafizykę Pytaniem bez odpowiedzi (An Unanswered Question) czy Housatonic at Stockbridge z Trzech miejsc w Nowej Anglii, jest wiele utworów, które w jakiś sposób mocują się jednak z tradycją klasyczną. Nie bez powodu w końcu Ives stał się autorem czterech symfonii i kilku sonat, chociaż trudno o dalej posuniętą programowość, niż w wypadku wielkiej i zagmatwanej jednak Sonaty Concord, przedstawiającej główne postaci amerykańskiego transcendentalizmu (co kompozytor szczegółowo wyjaśnił w oddzielnym Eseju przed Sonatą). Sonaty skrzypcowe – również cztery – są jednak może jego najprostszymi utworami, a zarazem bardzo reprezentatywnymi. W mikroskali – bo cały ich zbiór mieści się na jednej płycie – są pełne melodii amerykańskich hymnów i marszów, przeplatających się i zderzających z zaskakującymi harmoniami i rytmami – a czasami zderzającymi się między sobą. To, co robi niezwykłe wrażenie w symfoniach, gdzie różne marsze nakładają się na siebie, aż po dwie oddzielne orkiestry, tworzące IV Symfonię, tu pokazane jest od kuchni, znacznie prościej i bardziej konwencjonalnie, ale nie mniej ciekawie. Jeżeli mimo tych ostatnich zastrzeżeń wyłania się z tego opisu obraz dźwiękowego galimatiasu, to tak właśnie ma być. A to oznacza, że od wykonawcy wymagać trzeba znacznie więcej, niż odczytania tekstu. Wykonawca musi uporządkować materiał, ogarnąć spojrzeniem całość i szczegóły, dostrzec porządek w bałaganie… Ogromna robota. I wymagająca. Wymagająca też wykonawców zdolnych do jej przeprowadzenia. Na domiar złego, ponieważ Sonaty grane są jednak rzadko, brak wzorców, które mogłyby prowadzić za rączkę. No, brak ich było do niedawna.

Ives-Sonata-For-Violin-And-Piano_Daniel-Cholette

O tym, jak to trudne zadanie, przekonać można się słuchając specjalistów od muzyki XX-wiecznej, Hansheinza Schneebergera i Daniela Cholette, którzy nagrali Sonaty dla ECM. Słuchając tej płyty przede wszystkim trudno się dziwić, że współcześni Ivesa podnosili najpierw brwi ze zdumienia, a następnie swoje siedzenia z foteli: słychać chaos. Pianista gra wyraziście, ale tematy nikną w mnogości akcentów, w dominujących brzmieniach basu. Czy to poszukiwania nowatorstwa Ivesa? Nie leżało ono jednak w wyswobadzaniu pojedynczego dźwięku, tylko w zaskakującej narracji. Jednocześnie w ważnych momentach brak śmiałości (dlaczego np. w rozśpiewanej wolnej części I Sonaty skrzypce są schowane za bębniącym tu fortepianem? dlaczego na początku trzeciej części wszystko, co ma do wygrania fortepian, ginie pod jednym zatrzymanym na pedale akordem?) – a w efekcie brak logiki. Bolesny.

Ives-Sonatas-Thompson, Waters

Znacznie lepiej jest w nagraniu Curta Thompsona i Rodneya Watersa, wydanym przez Naxos. Rodzi się sens, wiemy, dokąd i dlaczego zmierzamy. Dwa lata temu wyszła jednak płyta, która będzie (do kiedy?) swego rodzaju wzorcem: po Ivesa sięgnęła Hillary Hahn, a zaprosiła do nich popularną dziś pianistkę Walentinę Lisitsa (chciałoby się napisać po prostu Lisicę).

Ives_Sonaty_Hahn-Lisitsa

Na początek ta druga, bo zrobiła karierę w sposób szczególny – długowłosa słowiańska dziewa zaistniała dzięki youtube, gdzie epatowała blond urodą i błyskotliwą wirtuozerią, co doprowadziło ją do koncertu (transmitowanego, a jakże, w Internecie) w Royal Albert Hall. Wystąpiła także w Warszawie na festiwalu Chopin i Jego Europa, i tu ponoć nastąpiła przykra weryfikacja – to, co brzmiało na komputerze, nie zabrzmiało na żywo. Sam nie miałem okazji się przekonać, więc może tym łatwiej jednak jest mi się tym póki co nie przejmować. Bo nagrywając płytę Lisitsa znów grała do mikrofonu. A to najwyraźniej potrafi. Nie martwmy się więc, że na żywo nie sprostała oczekiwaniom, bo jest się czym cieszyć na płycie.

Przede wszystkim, artystki, świetnie ze sobą współpracujące, rozumieją każdą frazę i każdy gest muzyki. Wyławiają tematy na różnych poziomach, każdy potrafią ukazać w jego własnym miejscu i rozwoju, we właściwym porządku i charakterze, co pozwala nadać też sens pauzom i budować logiczne kulminacje; krok za krokiem tworzą pełną życia strukturę. To wykonanie, które dla odmiany grane jest melodycznie, ułożone z następujących po sobie fraz, rodzących się, kulminujących i zamierających, nie z perspektywy punktualizmu lub cytacjonizmu. Gdzie Cholette dudni, tam Lisitsa się śmieje. Żeby jednak nie przesadzić ze słodyczą, dodam, że np. w finale III Sonaty Rodney Waters o wiele lepiej czuje melodię i charakter frazy, którą Lisitsa traktuje wręcz etiudowo. Szkoda tej części.

O jakości wiolinistyki Hillary Hahn w ogóle nie ma się co rozwodzić, bo to nieustająco klasa niezwykle wysoka; nic się tu nie zmienia, a wszystko potwierdza. Także to, że skrzypaczka preferuje łagodność – łagodność atakowania dźwięku, łagodność frazy – co kształtuje także indywidualność interpretacji w muzyce Ivesa. Tak, niekiedy Sonaty mogłyby zabrzmieć też bardziej drapieżnie. Mogłyby, ale nie muszą, czego dowodzi każdy trafiony w dziesiątkę takt, każdy kolejny moment, w którym niczego nie chce się zmieniać. Mimo to zostało jednak jakieś pole dla innych. Czy dla Pławnera, przecież świetnego skrzypka, i Knapika, który jako pianista potrafił dokonywać interpretacyjnych cudów w bardzo trudnej koncepcyjnie muzyce? Przekonają się może szczęściarze, którzy będą na sali w Katowicach 14 grudnia.

PS. Mnie w Katowicach nie będzie, gdyż bawię w Gdańsku na Actus Humanus. A tu pyszności – np. cudowni Sonatori de la Gioiosa Marca, którzy nie tylko w weneckim repertuarze nie mają sobie równych, ale dzięki którym wenecki repertuar barokowy nie ma sobie równych! Dwór Artusa eksplodował.

12 myśli nt. „Prezes Ives. I jego sonaty

  1. ~Krystyna Nowak

    Dziekuje za gruntowny artykul o nagraniach sonat skrzypcowych Ivesa. Wspomnial Pan tez Walentine Lisitsa i jej wystep na warszawskim festiwalu. Przypuszczam , ze pianistka ta gra swietnie zarowno na koncertach , o czym swiadcza jej liczne wystepy na swiecie , jak i nagrywa w studio. Jej niefortunny wystep na Festiwalu w Warszawie (luki pamieciowe) byl z pewnoscia tylko chwilowa, jednodniowa niedyspozycja.

    Odpowiedz
  2. ~Michał B.

    Również dziękuję za kolejny bardzo ciekawy przegląd, szczególnie, że dotyczy muzyki bliskiego memu uchu kompozytora. 🙂

    A co do „Lisicy”, to chyba powinno być jeszcze inaczej.
    O ile właściwie interpretuję wytyczne zamieszczone tutaj:
    http://sjp.pwn.pl/zasady/Uwagi-szczegolowe-do-transkrypcji-wyrazow-ukrainskich;629712.html
    to nazwisko Walentyny powinniśmy zapisywać jako: Łysyca (!).

    Konia z rzędem temu, kto znajdzie taką formę w mediach publicznych (gugiel nie wyrzuca żadnego trafienia). To może akurat przypadek mocno nieintuicyjny; ale smuci mnie, jak bardzo niemodne dzisiaj jest stosowanie się do prawidłowych zasad transkrypcji nazwisk pisanych w oryginale różnymi odmianami cyrylicy.
    O ileż łatwiej jest nam stosować kalki z angielskiego. Pozostaje się chyba cieszyć, że ostali się jeszcze Tołstoj, Czajkowski i Szostakowicz.

    Pozdrawiam przedświątecznie z Wrocławia!

    Odpowiedz
    1. ~ścichapęk

      Jeśli już stosować się do tych zasad transkrypcji, to raczej Walentyna Łysycia (skoro Валентина Лисиця).

      Odpowiedz
  3. ~Krystyna Nowak

    Link ,ktory przeslal p. Michal B. przyda sie bardzo w innych przypadkach . Co do nazwiska Valentiny, to przypuszczam , ze jest to zangielszczona forma , na uzytek angielskojezycznej publicznosci (latwo wymowic) i jest troche za pozno cos zmieniac. Nie wykluczone, ze pianistka sama wyrazila zgode na to np. firmie plytowej, tym bardziej , ze prawie wszyscy muzycy sa zainteresowani robieniem kariery przede wszystkim w tzw. swiecie zachodnim.

    Odpowiedz
    1. ~Michał B.

      Tak, oczywiście, „mechanizm” jest właśnie taki, jak Pani pisze – dlatego pisałem o kalce z angielskiego. Artyści ustalają oficjalną wersję pisowni swojego nazwiska alfabetem łacińskim na potrzeby światowej publiczności i jest to praktycznie zawsze transkrypcja anglojęzyczna.

      Nie zmienia to faktu, że mnie to razi – przecież „Polacy nie gęsi”, i własne, uświęcone tradycją zasady mają. W ten sposób powszechna wrażliwość językowa ulega stępieniu – w polskim artykule prasowym Shostakovich* jeszcze na ogół wzbudzi pewne zdziwienie (czy może się mylę?), ale Lisitsa czy Vengerov już nie. A przecież treści w języku polskim raczej nie są przeznaczone dla odbiorców globalnych…

      Odpowiedz
      1. ~Krystyna Nowak

        Oczywiscie, zupelnie sie z Panem zgadzam. Powinna byc powolana jakas Rada lingwistow opiekujaca sie sprawami jezykowymi w mediach : w prasie, TV itd., miedzy innymi podajaca prawidlowa pisownie zagranicznych nazwisk.

        Odpowiedz
        1. Jakub Puchalski Autor wpisu

          Obawiam się, że rada językowa nic tu nie da, bo już ustaliła była zasady: te, które właśnie były przytoczone. Anglicyzmy panoszą się nam pewnie nie tylko z powodu ogólnej a bezapelacyjnej dominacji tego języka, ale też z powodu panowania google’a, czy też raczej Internetu w ogóle. Króluje ten zapis, który znajdowany jest przez wyszukiwarki.
          Na ten przykład wciąż świat zna Borysa (Borisa) Christoffa, a nie Christova (choć angielska wiki podaje „oficjalną transliterację” Hristov). Ciekawe przy okazji, jak do sprawy zapisów podchodzą Francuzi, bo w skali światowej to ich system został wyparty przez angielski, nie nasz… Trzeba się będzie rozpytać.

          Odpowiedz
          1. ~ścichapęk

            Zauważmy, że pisownia Christoff to akurat przykład – skądinąd coraz rzadszego – sfrancuszczenia; u nas zresztą zawsze był Borys Christow i niech tak zostanie. Wyszukiwarki w płytowych e-sklepach (także rodzimych) to rzecz insza, ale skoro pokaźnych rozmiarów IKON Bułgara stoi już na mej półce, na razie nie mam specjalnego powodu, by christoffować.
            O wydziwaczonych transkrypcjach na angielską modłę w polskich tekstach pisałem swego czasu (nb. nie pierwszy poruszając ten temat) na gościnnych łamach Co w duszy gra – lecz pewnie nie wszyscy jeszcze zdają sobie sprawę, że np. pianista Matsuev to tak naprawdę zwykły Macujew (któż u nas pisze owo nazwisko tak właśnie; choć może bezpretensjonalne i jakże rosyjskie imię pianisty też w tym nie pomaga).
            A o partnerce Hahn w sonatach Ivesa sam zwykle mówię – żartobliwie i całkiem z polska – Lisica; Pana propozycję odebrałem więc jako podobne przymrużenie oka, nie zaś jedynie słuszną transkrypcję…

          2. Jakub Puchalski Autor wpisu

            Naturalnie, Christoffa również przypomniałem właśnie z tego powodu: jako sposób notacji francuskiej, który odszedł w niepamięć. A przecież w świecie pisywano niegdyś nawet „Rachmaninoff”, nie mówiąc już o „Strogonoff”…

  4. ~ścichapęk

    A tak przy okazji, Panie Jakubie: jak się tu u Pana robi boldzika? Bo udało mi się dotychczas jedynie skursywienie…

    Odpowiedz
    1. Jakub Puchalski Autor wpisu

      Ależ bardzo ładnie udało się Panu i wyboldować, i pokursywić (że się tak wyrażę…). O lekcje to ja mógłbym prosić, gdyż – prawdę mówiąc – nie mam pojęcia, jak to zrobić. W efekcie po prostu w komentarzach nie używam.
      Ale też jakoś mogę z tym żyć.

      Odpowiedz
      1. ~ścichapęk

        Albo Olga Samaroff…
        Tego pochylonego to widzę, ale boldzika jakoś nie. A życie bez półgrubasa zdaje się takie ubożuchne – nie każdy jest przecież takim wzorem skromności, coby się kontentować tylko zwykłym krojem… Ha, ha, ha.
        A kursywienia i boldowania wyuczył mnie na zaprzyjaźnionym blogu Monsieur Bobique, któremu raz jeszcze składam za to podziękowanie. (W razie nagłego rozrostu ego mogę więc służyć radą).
        Co do meritumu – wybór nagrań skrzypcowych sonat Ivesa do porównania uważam za słuszny; werdykt również popieram.

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *