Reaktywacja: Schiff w żelaźniaku

Data pokazuje dokładnie, że to ledwie niespełna dwa miesiące, ale mam wrażenie, że z pół roku blog był martwy. Wszystko z powodu paru cokolwiek absorbujących wydarzeń. Tyle dobrego, że niektóre efekty można oglądać np. tutaj, albo też – póki co – w Galerii Krakowskiej, gdzie stoją w formie wystawy. Choć nie sklepowej. Dlatego potem ruszą w wędrówkę po Polsce.

Czas więc na reaktywację. Na razie zostawię Józefa Hofmanna, który pochłaniał mnie przez wiele ostatnich tygodni (będą jeszcze okazje, by do niego wracać). Czeka także stosik płyt do recenzji, ale i one nie tak zaraz. Dlaczego? Bo wymagają przesłuchania. Czyli jeszcze kolejnej zwłoki, a tymczasem tematy same włażą w uszy.

Choć bowiem brakowało czasu na płyty, oczywiście jednak nie brakowało muzyki. Co było w menu? Właśnie… Czy Państwo również mają utwory, których słuchają często, czasem wręcz z obłędną regularnością, choć nigdy z płyt? Jest pewien zestaw, który wraca na koncertach, chcąc nie chcąc słucha się więc go w kółko – kilka pozycji, po które już nie trzeba i z reguły nie ma już siły sięgać w domu. Iście żelazny repertuar. Pewnie różni się zależnie od miasta, tym bardziej od kraju. Kiedyś był to zapewne Beethoven i Chopin, hic et nunc jest raczej Bach. Lata mijają, jak nie sięgałem na półkę, gdzie stoją obie Pasje. W tym roku na Misteriach Paschaliach posłuchałem Janowej, dyr. René Jacobs – wystarczy do następnego razu. Ręka odmawia współpracy, gdy ma uruchomić Mesjasza Haendla. Nie wiem też, kiedy po raz ostatni dla przyjemności włączałem Wariacje Goldbergowskie. Dla pracy owszem, ale dla przyjemności? Jakieś zamierzchłe, niepamiętne czasy. Wszystkie te dzieła w ciągu ostatnich miesięcy znowu pojawiły się jednak na estradzie. I wiem, że znowu wrócą.

Nie oznacza to, że mam coś przeciwko ich regularnym powrotom. Każde z nich jest jakimś szczytem ludzkiego geniuszu, więc niechaj brzmią, niech każdy ma szansę ich doświadczyć. Na żywo. Utrata świeżości dla jakiegoś krytyka zdaje się ceną niezbyt wygórowaną.

Po kolei więc, robiąc remanent pamięci: była Wielkanoc i festiwal Misteria Paschalia, był znakomity Parsifal w berlińskiej Staatsoper (o którym jeszcze będzie), byli nawet trzej pianiści. Najpierw (8 maja) Louis Lortie w Krakowie zagrał V Koncert Camille’a Saint-Saënsa, późnoromantyczny, z lekka orientalny fajerwerk zwany Koncertem egipskim – zagrał go bardzo akuratnie, raczej barwnie niż wirtuozowsko (była też Suita Alladin Carla Nielsena, bardzo błyskotliwa i atrakcyjna – a przynajmniej taka wydawała mi się do tej pory, bo krakowska orkiestra z dyrygentem Jean-Lukiem Tingaud usiłowała zmienić moją opinię o tej muzyce: kolega określił, że to „sylwestrowe” wykonanie; jeżeli, to już raczej noworoczne, tak z około 5 rano. W efekcie nie odważyłem się zostać na Szeherezadzie Rimskiego). No i były dwa recitale.

O pierwszym pisać nie będę: Aleksander Gawryluk grał na inauguracji naszego, „Tygodnikowego” festiwalu Copernicus, ku czci przypominanego przez nas Józefa Hofmanna; sam ten koncert organizowałem. Niech komentują inni.

W Katowicach natomiast (no bo gdzie indziej?), w niemal pełnej wielkiej sali, w minioną środę wystąpił András Schiff. Skoro od dawna wołam, że pianista ten powinien pojawiać się u nas częściej (w pewnej „stolicy kultury” oznacza to: po raz pierwszy), nie mogło i mnie tam zabraknąć. I zostałem wynagrodzony. Po wielkiej porcji Bacha, gdy już niespiesznie przebrzmiały śpiewne, precyzyjnie ustrukturyzowane masy Koncertu włoskiego i Uwertury francuskiej (czyli Partity h-moll BWV 831; wszędzie tu zwracał uwagę sposób użycia, a właściwie niemal braku użycia pedału, który łapał jedynie akcenty i gdy trzeba przytrzymywał harmonię), a także wyrafinowane konstrukcje Wariacji Goldbergowskich (a jakże, Wariacje nawet parę razy w roku!) – nie tyle grane, ile pięknie kaligrafowane na fortepianie, bardziej retoryczne niż taneczne, z subtelnie stosowanymi ozdobnikami, nadszedł bis. Zazdrościłem niegdyś Nowemu Jorkowi – przede wszystkim oczywiście tego, że zagrawszy tam Goldbergowskie (a wcześniej jeszcze Wariacje nt. Diabellego Beethovena!), Schiff jako bis zagrał całą Ariettę z Sonaty op. 111 Beethovena, ostatniej. Do tego momentu, bo w sali NOSPR-u otrzymaliśmy całą Sonatę op. 109. I nie przeszkodził pianiście ani jakiś dziwny pisk, włączający się w trakcie wolnych części, ani czyjeś 20-minutowe nieutulenie w kaszlu – wysłuchaliśmy interpretacji o najwyższej koncentracji skupienia i refleksji, jakby sama esencja tego utworu stanęła przed nami w pięknej brzmieniowej szacie. Nie tyle wykonanie Sonaty, ile wprowadzenie w tajemnicę, szczegółowe i znowu niespieszne, ale wnikliwe i retoryczne – retoryką płynącą ze zrozumienia każdego elementu konstrukcji. Narastające tematy, wielowarstwowość – wczytanie się w głosy na wszystkich poziomach narracji, ale zarazem dyscyplina części I, część II zaskakująca raczej monumentalizmem (zamiast szybkością) i kontrastową budową (szeptane piana i granitowe forte), logiczny dialog kolejnych sekcji, rysowany precyzyjną artykulacją. Wreszcie niezwykła głębia i bogactwo wariacji w części III – już sam temat, podany niby prosto w swej 3- i 4-głosowej fakturze, ale w repetycji odmieniony i wzbogacony o przeniesienie melodii z sopranu do tenoru. Wariacje z jednej strony łagodnie między sobą skontrastowane, ale zarazem idealnie wyważone – logiczne odmiany muzycznej mądrości, głoszonej wielogłosowością Beethovenowskiej muzyki. Rzecz jeszcze dojrzalsza i z pewnością bardziej refleksyjna – czyli mówiąca więcej i spokojniej – niż znane nagranie na płytach ECM.

Dodajmy, że pianista bardzo miło mówił potem o Krakowie – zna go jako piękne miasto. W którym jednak nigdy nie miał okazji zagrać.

6 myśli w temacie “Reaktywacja: Schiff w żelaźniaku

  1. ścichapęk

    „[…] kolega określił, że to „sylwestrowe” wykonanie; jeżeli, to już raczej noworoczne, tak z około 5 rano. W efekcie nie odważyłem się zostać na Szeherezadzie Rimskiego)…”
    Cóż, ten koncert powtórzono – bodaj następnego dnia – w Warszawie. Niestety, ja zostałem 🙁 Powiem tylko, że w zestawieniu z Szeherezadą dany na rozpoczęcie Nielsenowski Aladyn wydawał się jeszcze całkiem niezły…
    Na szczęście był też niezawodny, wspaniały Lortie!! I jeśli nawet Chopinowski bis mógł trochę znudzić, to jego Koncert Egipski – paluszki lizać.

    Odpowiedz
    1. jakubpuchalski Autor wpisu

      Duży problem. I wciąż nierozwiązywalny, choć liczyłem na Michała Dworzyńskiego.
      Dodam tylko, że nie mam w zwyczaju wychodzić z koncertów – o ile pamiętam, zdarzyło mi się to ledwie trzy razy. Ten był trzeci, a poprzedni, niestety, na poprzednio odwiedzonym przeze mnie koncercie tej samej orkiestry. Po „Finlandii” i Koncercie Sibeliusa stwierdziłem, że fizycznie nie zniosę podobnego „Zarathustry” Straussa. Podobno był jednak dobrze przygotowany, ale zostałem tak znokautowany, że nie starczyło mi sił na podjęcie ryzyka.

      Odpowiedz
  2. ścichapęk

    Nawiązując do Pana postu na zaprzyjaźnionym blogu – przydałoby się jednak jakieś słowo-klucz, co by szybciej kierowało na tę stronę, bo na razie wpisuję bardziej tak na czuja, zaczynając na wszelki wypadek od długiej nazwy organu. Czy nie dałoby się tego jakoś obejść, w sensie przyspieszyć… Wcześniej było dużo prościej!
    A jeszcze co do rzeczonej orkiestry – może zmiana pokoleniowa, większa dawka świeżej krwi coś by tutaj zmieniła? Bo na razie (mówiąc krótko i dosadnie) poruta; po gościnnym występie w stolicy nie byłem zresztą w swym odczuciu odosobniony.

    Odpowiedz
    1. jakubpuchalski Autor wpisu

      Prawda, przydałoby się jakoś prościej, bo mija pół roku, a sam się tu jeszcze nie zadomowiłem. Sam adres niby nie skomplikowany: imię i nazwisko, blog i „nazwa organu”. Czyli http://jakubpuchalski.blog.tygodnikpowszechny.pl/
      Ale może miałoby sens utworzenie jakiejś listy mailingowej i rozsyłanie informacji o nowych wpisach? Kwestia dla mnie paru kliknięć dodatkowo, więc da się zrobić.
      Na dodatek konieczne jest zatwierdzanie na nowo wszystkich komentarzy. I – mam wrażenie – także wówczas, gdy już raz zatwierdziłem. Ten pański komentarz zdaje się też poczekał?

      Odpowiedz
  3. ścichapęk

    To prawda, nawet ten ostatni wylądował w poczekalni, co już mnie lekko zdziwiło; a dla Pana to przecież dodatkowy kłopot…
    Będę wdzięczny za dołożenie do listy mailingowej mojego adresu. 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *