Czarodziej

Kolega się zmęczył, ale mnie żal, że nie grywa się częściej Waltona. W Polsce zresztą nie grywa się go praktycznie w ogóle. Koncert altówkowy jest wprawdzie trochę wtórny wobec skrzypcowego (podobnie – wiolonczelowy), jednak i tak to kawał świetnie napisanej muzyki: bardzo komunikatywnego, trochę romantyzującego neoklasycyzmu, pełnego wpadających w ucho tematów (krynica melodii Waltona była z pewnością prostsza, niż Brittena, ale nie mniej obfita i świeża – to dwaj z największych melodyków XX wieku; można powiedzieć, że talenty u Brytyjczyków wreszcie wzięły odwet, po dwóch stuleciach posuchy). Do tego kreująca nastrój harmonia i czarodziejska orkiestracja – charakterystyczna i autentyczna elegancja, z subtelną nutką melancholii. Muzyka uważana często za zbyt łatwą – ileż zarzutów może stworzyć zazdrość o niewyczerpywalność inwencji i ewidentną radość z komponowania! Może czas by było zarzucić przeświadczenie, że podstawowym obowiązkiem kompozytora jest męczyć się nad partyturą – a koniecznością słuchaczy, by tę mękę odczuli?

W krakowskiej Filharmonii, pod dyrektorską batutą Michała Dworzyńskiego, Koncert Waltona zagrał Maksim Ryzanow (Maxim Rysanov) – w powłóczystej szacie godnej Bułhakowskiego Wolanda, jednak z precyzyjną techniką, ciemnym, wyrazistym dźwiękiem, a przede wszystkim zrozumieniem budowy utworu, roli zróżnicowania kolejnych tematów i części. No i z elastycznością i energią – nie tylko budującą kulminacje (co potrzebne w rozbudowanej I części lub w zadziornym scherzo części II, Vivo, con molto preciso), ale elektryzującą np. w początku III części, gdzie krzesał płomyki i iskierki. Niestety, w tym miejscu orkiestra posłużyła za strażaka z sikawką, choć ogólnie w Koncercie tworzyła dla altowiolisty dynamiczne ramy, które go nie obciążały. Co jest względnym tylko komplementem – ramy, w tym utworze pełnym dialogów, szczegółów i szczególików, to ledwie podstawa. Często jednak szczytem okazywało się nieprzeszkadzanie, zwłaszcza dla dętych.

Jeśli ktoś chciałby posłuchać mistrzostwa warsztatu kompozytora – i płynącego z niego bogactwa – mimo wszystko będzie więc musiał sięgnąć po płytę. Na EMI dostępna jest bardzo dobra, ale trochę jednostronnie monumentalizowana interpretacja Menuhina, w której „obiektywnie” dyryguje sam Walton (inne nagranie, również na EMI, Nigela Kennedy’ego z André Previnem, choć dobre, ma mniej charakteru), jeżeli jednak szukać rysu indywidualnego i wyrazistego, koniecznie trzeba sięgnąć po Baszmieta (cóż – świetny) z Giennadijem Rożdiestwieńskim. Co, znowu akademickie okularki Rożdiestwieńskiego, znowu etatowy dyrygent od wszystkiego z niegdysiejszych płyt radzieckich i postradzieckich? Tak, jednak on. Jednak nie bez powodu był i etatowy, i od wszystkiego. A zwłaszcza od XX wieku, gdzie jego architektoniczna klarowność i dynamika zawsze wyciągają z muzyki to, co najlepsze. Jeśli ma się jakieś wątpliwości, radzę sięgnąć, np. po Hindemitha. I porównać ze skądinąd świetnym Abbado (z tym, że Rożdiestwieński nie nagrał chyba całego zbioru Kammermusiken – a szkoda!). Albo – tu już w ogóle otwierają się przepaście – z Bernsteinem w Koncercie skrzypcowym. U jednego gra Ojstrach, u drugiego Stern – obaj fantastycznie. Ale tylko u jednego naprawdę GRA orkiestra.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *